Sprawdźmy, czy dalej potrafię pisać o muzyce.
IN RAINBOWS! Wczoraj moja głowa została zaatakowana atakiem latającego winylu - bo naszła mnie jakaś perwersyjna wręcz ochota, aby zapłacić za najnowszy album Radiogłowych, ale nie jebać się w jakieśtam płyty dla dzieci czy ściąganie empetrójek, których nawet nie pomacam. Szybkie przeszperanie Allegro załatwiło mi In Rainbows na Płycie Gramofonowej, formacie, który przetrwa wszystko i ma przed sobą jeszcze jakieś osiemdziesiąt lat życia.
Do tego momentu In Rainbows w mojej obecności przesłuchiwane było w tragicznych empetrójkach, w Wydanej-Przez-Zespół jakości 160 kbps, co ujmowało albumowi ze wszystkich stron. Nazwijcie mnie osobą pierdolniętą na punkcie jakości muzyki, ale jeśli coś jest poniżej 320 kbps, to nie jest to godne mojego czasu na przesłuchanie.
Stąd moja pasja do Winylu i wszystkich jego utrudnień. Nie ma przewijania utworów - i co z tego? Kiedyś wszystkich albumów trzeba było wysłuchiwać od Początku do Końca... Nikt nie narzekał. Utrudnienia zakładały kaganiec na ten popierdolony biznes muzyczny. Chujowe piosenki nigdy nie trafiały na Winyl. Ich miejsce było po drugiej stronie Czterdziestek Piątek. Nie istniało przewijanie - nie można było pominąć tragicznego utworu w samym środku genialnego albumu, co wymuszało pewną jakościową selekcję. Dzisiaj zaś mamy do czynienia z całkowicie odwrotną sytuacją - piosenki chowane na singlach nierzadko okazują się bardziej erekcjo-wzbudzające od tych na albumach - dobrym przykładem takiego zespołu są Gorillaz, których albumy - genialne, zresztą - są przyćmiewane przez wszystko, co znajdziemy po ciemnej stronie księżyca. O tym też kiedyś napiszę.
Era płyt CD, spadającej jakości nagrań i niezliczonych remasterów tych samych utworów jest całkowicie popierdolona. W czasach, gdy jedna płyta Beatlesów remasterowana jest CZTERY RAZY Z RZĘDU, wszystko, czym remaster może się pochwalić względem oryginalnego wydania to PODGŁOŚNIONE NAGRANIE. Przeczytajcie to zdanie jeszcze raz.
Odbiegam od tematu. In Rainbows zostało spuszczone na świat w jakości tragicznej, 160kbps. Podczas przesłuchiwania wersji winylowej, dochodzę do wniosku, że niektóre piosenki - i tu uwaga - mają bas! I pogłosy na wokalach!
I to wszystko, co mogę napisać o albumie, co jeszcze nie zostało napisane. Że teksty są jak zwykle świetne? No tak, czego innego się spodziewamy po Radiohead? My się spodziewamy rozbudowanych kompozycji, klimatu popierdolenia i zatracenia, tekstów o miłości, śmierci, ruchaniu i transseksualiźmie (patrz kolejno: Creep, Lewis (Mistreated), Nude i Bodysnatchers. To ostatnie można zamienić z Let Down.) z wykorzystaniem instrumentów o których tzw. Znawcy Tematu gówno słyszeli - Fale Martenota, anyone?
Jak z każdym winylem, mamy tu dwie strony pyty - strona A to ta bardziej rockowa. Zaczynamy dziwnym pseudoperkusyjnym bitem w 15 Step, który rozkręca się szybko, jak bębenek Magnum 357 bądź czołg T-34, który miał tak mało elementów przy konstrukcji, że każdy wieśniak z Obudna ma własny, skonstruowany z łupów powojennych. Potem przechodzimy w najszybszą piosenkę na albumie, Bodysnatchers, prowadzoną wpizdumocnym riffem i napieprzaniem w perkusję. Zaraz po tym mamy Nude, wolny utwór w 5/4, z tekstem o seksie i sekcją smyczkową, która bardzo chętnie może puknąć mnie w uszy. Potem przechodzimy do Weird Fishes z arpeggiowym riffem, porządnym nakurwianiem w perkę, wokalem o byciu wpierdalanym przez ryby i końcówką jak w Gorillaz (dla porównania - Gorillaz - Hong Kong (tylko nie tą chujową wersję z D-Sides)). Stronę A wieńczy All I Need, które spokojnie przechodzi do szumu nagranego na zamkniętym rowku płyty.
Stronę B rozpoczyna Faust Arp, akustyczno-smyczkowo-wokalny utwór o niczym. Takie bardzo szybkie Exit Music, jak dla mnie. Depresyjno-zagubiony klimat towarzyszy całej stronie B, zresztą. Potem z pełnej pizdy wchodzi Reckoner, utwór z porządną perkusją i wyciem, jak zawsze. Przejście do House of Cards, prostej jak penis Adama Małysza piosenki o jakichśtam pierdołach. Jigsaw Falling Into Place, zajebiste przyspieszenie przed finałem na pianinie. Videotape w końcu dokonało tego, o co Radiohead proszę od dawien dawna - wolne utwory NA SAM KONIEC, do chuja ciężkiego.
No. I to tyle mojego pierdolenia na dziś.